Wstęp do fotografii

Wstęp do fotografii

Wstęp do fotografii

Zawsze chciałam poczuć się trochę jak Freud i nazwać swoje wypociny “Wstępem do…” Teraz mogę umierać.

Może być śmiesznie. Mogę się jąkać jak Makłowicz i nagle w pół zdania krzyknąć “dźwig!”, chociaż nie jestem jeszcze nawet Makłowiczem fotografii. Im dalej brnę w temat, tym bardziej zdaję sobie sprawę, jak niewiele wiem. Rozpościera się przede mną coraz większy horyzont. Wzięłabym się za ten post bez względu na to, czy chodziłam do SKF (swoją drogą nie ostała się przy życiu ni jedna notatka z tych dwóch lat), czy też nie. Robię to, bo:

  1. Zawsze dotrzymuję słowa (na swój sposób).
  2. Fotografuję na tyle długo i różnorodnie, że muszę czasem zabrać głos.

Pominę tutaj wypisanie punkt po punkcie definicji: przysłona, matryca, ISO, głębia ostrości. W tych czasach tę wiedzę posiadł już każdy – a nawet jeśli te słowa brzmią, jak zasłyszany po raz pierwszy węgierski, co Wam po samych definicjach? Zamiast tego przedstawię, jak wykorzystać czas i miejsce, posiłkując się przysłoną oraz ISO. Mam już takie zboczenie, że zawsze robię zdjęcia na najniższej możliwej wartości, czyli w przypadku moich szkiełek jest to f/1.4. Wyjątek stanowi fotografia produktowa z użyciem lampy reporterskiej. Wtedy zależy mi na szczegółach, rozmyte tło nie gra roli (bo i tak jest to zawsze wielki bristol). Wówczas domykam przysłonę do f/11. Jak wynika z powyższych słów, wartość przysłony wpływa na, hm, zakres ostrości obrazu. Im wyższa wartość, tym po prostu mniej bluru, a więcej szczegółów. Wtedy cały psi łeb mamy ostry, a nie tylko nos lub oczy. Oczywiście, co za tym idzie, matryca zaabsorbuje znacznie mniej światła, ergo na takie zdjęcia można sobie pozwolić raczej tylko na POLU (Kraków znów się kłania) lub korzystając z oświetlenia studyjnego (dobra lampa reporterska [polecam Yongnuo, bo owszem dobre, do tego tanie] i softbox 50 x 50 to już mini studio).

Co z ISO?

Nie widzę takiej potrzeby, żeby je celowo zwiększać powyżej 100. Dopiero w ciemnicy. Tylko, że ja nie robię zdjęć w ciemnicy bez lampy. Mnie to nie dotyczy. Zwykło się uważać, iż szumy są irytujące, ale potrafią też być na wagę złota. Bywa, że zupełnie przeciętne zdjęcie przeobraża się w dzieło sztuki, kiedy sypniemy nieco ziarnem w postprodukcji.

Temat lamp, wyzwalaczy etc. pozwolę sobie odłożyć na kolejną lekcję. Tutaj skupię się głównie na psiej fotografii, a większość z nas fotografuje psy w ich “naturalnym” habitacie posiłkując się światłem zastanym. W szkole powiedziano mi, że bezpieczny czas do fotografowania z ręki to 1/60 s, ale z całym szacunkiem dla Pana Jurka, który wiedzę ma przeogromną – nie. Jeśli chcecie mieć pewność, że zdjęcie wyjdzie ostre, sugerowałabym iść w wartości poniżej 1/500 s, ja najczęściej portretuję Gorana na 1/1000 s i mniej. Dzięki temu uzyskuję wymarzoną ostrość i minimalizuję ryzyko przepalenia.

Body to dopiero 1/2 albo i mniej, bez dobrego szkła nie ma frajdy.

W mojej stajni jest dostępna tylko Sigma ART, ale przewinęło się tego dużo. O każdym powiem słów kilka. Oba szkiełka wyśmienicie dogadują się z moim body – 6dmk2 (a mówili, tłukli do głowy, że Canon i Sigma nie stworzą dobrego związku).

Zastanawiacie się pewnie, na cholerę mi obiektywy o w sumie dość zbliżonej ogniskowej oraz podobnym przeznaczeniu. Fakt, czasem żałuję, że nie mam typowo szerokiego kąta (jeszcze za czasów APS-C miałam Sigmę Art 18-35 f/1.8, to dopiero była ostra babka), ale używałabym go sporadycznie, więc kiedy przyszło mi podjąć decyzję o zakupie mniejszego braciszka dla mojego giganta (zdjęcia poniżej), wybór padł na klasyka, czyli 50 mm. To standardowa ogniskowa, która w żaden sposób nie zakrzywia obrazu, więc nie godzi się jej nie mieć! Do tego ja bardzo wyraźnie dostrzegam różnicę w rozmyciu tła, 85 mm f/1.4 rozmywa o wiele bardziej, niż 50 mm (obvious), ponadto jest ostrzejsza… i tutaj mogę zacząć swój lament. Nawet tak wspaniała seria, jak ART, ma swoje wady. Primo: Cena. Secundo: Waga.

Poza tym właśnie dlatego, że Sigma A 50 mm f/1.4 nie jest wcale taką znowu żyletą, bardzo żałuję, że nie zostałam przy dwukrotnie tańszej wersji Canona o tych samym parametrach. Nie dość, że jest lekki jak piórko, to jeszcze tańszy przy praktycznie żadnej różnicy na minus względem Sigmy. Pani Sigma posiada w zestawie fajny tulipanik, to tyle. No i na pewno jest porządnie wykonana, ale jak już wspomniałam, na coś się to przekłada. Na ciężar właśnie. Jedno dziecko waży 1,200 kg. Drugie nie pozostaje mu wiele dłużne.

Wyszła mi krótka recenzja szkiełek. Dobrze, nie mam nic przeciwko. Zawsze chciałam przestrzec przyszłego nabywcę, z czym przyjdzie mu się zmagać, ale jednocześnie gorąco i z głębi serca polecam (przynajmniej 85 mm f/1.4 😉 W tej cenie nie uświadczycie lepszej portretówki). W razie czego pamiętajcie o szelkach dla fotografów, żeby odciążyć kręgosłup. Osobiście nie posiadam, ale mój stosunek do mojego zdrowia zawsze pozostawiał wiele do życzenia.

Poniżej zaprezentuję kilka przykładów dla porównania. Specjalnie wstawiam zdjęcia w natywnej rozdzielczości, żeby nic nie zdołało Wam umknąć – zwłaszcza zakłaczone szelki (tutaj były dopiero drugi raz założone. No co? O g a r).

Na pierwszy ogień rzucam ART 50 mm f/1.4:

ART 85 f/1.4:

Na otwartym terenie, przy zachowaniu dużej odległości, 85 mm daje na pewno większy blur. Ogólnie daje większy blur. Czyli ten oniryczny efekt, do którego wszyscy dążymy. Podsumowując, ZAWSZE większa ogniskowa będzie skutkowała większym rozmyciem (pod warunkiem, że zestawimy ze sobą zdjęcia zrobione przy wykorzystaniu tej samej wartości przysłony).

Gdy zaczniecie zgłębiać tajniki fotografii i buszować po internetach, żeby któregoś dnia zostać Alfą i Omegą (nie będziecie nigdy), napotkacie takie określenia jak “low key” oraz “high key”. To nic innego, jak czarne na czarnym i białe na białym. To tak w dużym uproszczeniu, a konkretniej: umiejętność wydobycia ciemnego obiektu z czerni oraz jasnego na jasnym tle, bez powstawania przepaleń. Aparat ma wbudowany swoisty światłomierz, który automatycznie przyciemni obiekt, gdy wycelujemy w bardzo jasny element, ale ja z tej funkcji nigdy nie korzystam (nie będę się też nad tym szczególnie rozwodzić, bo już ktoś to zrobił, hehe – Canon). Po prostu bawię się czasem. I tak naprawdę przepis na dobrą fotografię jest bardzo prosty: bawcie się czasem, poznajcie czas. Przećwiczcie sobie zasadę trójpodziału (z reguły w body jest taka funkcja: podczas wykonywania zdjęcia pojawia się nam siatka na ekranie, informująca właśnie o tym, gdzie znajdują się mocne punkty – są to przecięcia linii), a potem zwyczajnie wejdzie to w krew. W istocie takich punkcików jest dużo więcej (klik). Z resztą pamiętajcie, zdjęcie, które nie spełnia zasad trójpodziału, nie jest zdjęciem złym. Sama widzę po swoich pracach, że nie zawsze trzymam się złotego podziału. Mimo wszystko uważam, że nie po to ktoś narzucił te normy, żeby mieć je głęboko w dvpie. Dopracowany obraz zatrzymuje ludzkie oko na dłużej, a oko wcale nie wie czemu tak się dzieje. Tak już jest.

Odniosę się jeszcze do przepaleń – jak z nimi walczyć?

Zbyt jasne zdjęcie (nie mówię tu o prześwietlonym) można łatwo zreperować w Lightroomie. W trybie “develop” z prawej strony jawi nam się sekcja treatment: color | black & white, gdzie należy pobawić się opcją highlights i najlepiej także whites. Zmniejszamy natężenie obydwu. Jak widać na załączonym obrazku, pojechałam po całości – dzięki temu wydobyłam przy okazji więcej drzewka w tle. Niebo na zdjęciu jest lekko przepalone, ale nie przeszkadza to w odbiorze. Na pewno w tym wypadku cudownie sprawdziłby się filtr szary połówkowy, ale na dłuższą metę jest on przeznaczony tylko do krajobrazów, nie fotografowania obiektów. Mało kto by chciał, żeby jego pies od torsu w dół nagle zmieniał tony i stawał się nienaturalnie jaśniejszy względem góry.

Secundo: nie zalecam robić zdjęć w południe, najlepiej wybierać bardzo wczesny ranek albo złotą godzinę – tuż przed zachodem słońca. Chyba, że mamy piękne, mocno zachmurzone niebo. Wówczas godzina nie gra roli. Chmury działają jak softbox, więc wspaniale zmiękczają światło słoneczne.

Taka mała prośba na koniec: pamiętajcie o tym, żeby zdjęcia na karcie zapisywały się Wam w formacie RAW (milion razy lepsza jakość obrazu, lepsze odwzorowanie kolorów)! Nie JPEG. Nigdy nie zapomnę dnia, kiedy poszłam na jedną z bardziej udanych sesji, a wcześniej ktoś bawił się moim sprzętem i okazało się, że wszystko poszło się j*bać, bo zdjęcia z automatu zapisały się jako .jpg. Najlepiej upewnić się kilka razy, czy wszystko gra, zanim weźmiemy się do dzieła. Przed wyruszeniem w drogę, uruchamia się moja nerwica natręctw i zdarza mi się zerkać po sto razy, czy aby na pewno mam w ogóle kartę w slocie.

Share post:

  • /

Comments ( 4 )

Pozostaw odpowiedź Lurlene Anuluj pisanie odpowiedzi

Your email address will not be published. Required fields are marked *