W zdrowiu i w chorobie

Cierpienia młodego Gorana

Dziś będzie trochę o bólu, a co za tym idzie, nie natkniecie się na kolorowe zdjęcia, wywieszone ozory i czcze gadanie o fajnych akcesoriach. Na samym wstępie notki uspokajam! Nic się nie stało. Moje smoczę ma się doskonale.

Z pewną dozą nieśmiałości i rezerwy podchodzę do takich tematów. O psim zdrowiu mogę opowiadać tylko z perspektywy laika, ale może to i lepiej, bo zamierzam przedstawić tę sprawę oczyma prostego człowieka. Prostej, psiej matki, która przechodziła przez piekło – zupełnie niepotrzebnie, bo w gruncie rzeczy nic się przecież nie stało.

Eozynofilowe zapalenie kości długich, bądź enostoza to zjawisko, które dotyka psią młodzież ras dużych i olbrzymich. Najczęściej ma to miejsce około 6. miesiąca życia i przy dobrych prognozach kończy się wraz z ustaniem rozrostu kośćca. Bywa, że pojawiają się nawroty choroby w późniejszych latach, ale bardzo rzadko. Jest szereg portali weterynaryjnych, bądź innych blogów, gdzie możecie przeczytać podręcznikowy opis tego schorzenia, dlatego chciałam odejść od żmudnych definicji i przechylić szalę na to, jak przedstawiała się walka z enostozą u Gorana (z której wyszedł zwycięsko bardzo szybko). Objawy wcale nie były takie oczywiste i odbiegały nieco od prezentowanych w internetach.

Na czym to polega w dużym uproszczeniu? Tworzy nam się kość w kości. Często na skutek zwiększonej podaży wapnia, natomiast to jedna z wielu hipotez. Niestety do dziś nie można przyjąć żadnego potencjalnego czynnika wywołującego enostozę za pewnik.

02/11/2016 – Goran wyraźnie pokazuje, że coś go boli. Popiskuje przy wstawaniu z pozycji leżącej. Nie jest w ogóle w stanie usiąść. Nocą odwiedziliśmy klinikę, w której postawiono szybką diagnozę: ból brzucha, lekkie gazy. Nigdzie nie spisałam sobie aż tak dokładnego przebiegu choroby, więc nie pamiętam ani swojej reakcji na tę informację, ani jakie leki zostały zaaplikowane. Na szczęście nie ma to większego znaczenia w kontekście tego posta. 

03/11/2016 – Eureka! Wiemy jednak, że to nie brzuszek, a kości. Pan doktor organoleptycznie zbadał mojego syna i wysnuł teorię: przewianie, stan zapalny, bo biodra bolą i to bardzo. Jakie, k*rwa przewianie? – pomyślałam. Tak czy owak, zastosowałam się do zaleceń, zakupiłam derkę, która należycie przykrywa biodra. Goran wtedy dostał odpowiednią dawkę leku PREVICOX (na okres 6. dni) z gatunku niesteroidowych przeciwzapalnych – to już kojarzę. Mam dobrą pamięć do psich dragów. W ramach terapii zaczął dostawać również chondroprotektory w płynie.

Po dwóch dniach było lepiej, ale wciąż baaardzo daleko od „dobrze”. 

Wtedy zaczęłam poważnie rozważać wizytę u ortopedy z prawdziwego zdarzenia, który zrobi szereg zdjęć rentgenowskich, bo całkiem możliwe, że przez sen powtarzałam cyklicznie „DYSPLAZJA” i inne straszne słowa. Zdjęcia RTG zostały wykonane w sumie późno, dopiero 16/11. Do samego końca piekielnie bałam się sedacji, ale nie mogłam patrzeć na to, jak chwilami Goran warczy z bólu, próbując na mnie wskoczyć. 

W końcu jak przyszło co do czego, siedzieliśmy sami w gabinecie, kiedy Goranowi wstrzyknięto głupiego Jasia. Bardzo dobrze, że weterynarz dał nam chwilę prywatności, bo płakałam jak pięciolatek, który potknął się właśnie o kamyk i zdarł leciutko naskórek. Mogę oglądać sceny gore w najbardziej krwistym wydaniu, ale to było za dużo. To był mój ukochany piesek, który nie miał pojęcia, co się dzieje z jego ciałem i desperacko szukał u mnie pomocy, której nie mogłam mu zaoferować.

Na werdykt przyszło mi troszkę poczekać. Lekarze wet. sugerowali mi, abym pojechała do domu, ale wyszło na to, że przesiedziałam w poczekalni dwie godziny.

DYSPLAZJA? Nie. Lekkie luzy są, ale na tym etapie nie ma powodu do zmartwień. Morfologia krwi natomiast ujawniła monocytozę i eozynocytozę. To potwierdziło stan zapalny oraz wszelkie przypuszczenia Pana doktora, który wyleczył mi psa. Wespół ze mną, bo przecież dbałam o niego lepiej, niż ktokolwiek. Dokładna diagnoza brzmiała następująco: Obraz kliniczny, radiologiczny i wyniki badania krwi wskazują na eozynofilowe zapalenie kości jako przyczynę dolegliwości.

Zalecono nam sporadyczne spacery, zero jakiegokolwiek nadwyrężania. Do tego terapia przeciwbólowa w trakcie zaostrzenia objawów. Ten stan miał minąć, jak zapewniał nas lekarz. Sam z siebie, bez niczyjej ingerencji, albowiem żadna ingerencja tutaj by nic nie wskórała. Brzmi strasznie z jednej strony, bo pozostaje człowiekowi siedzieć z założonymi rękoma i… c z e k a ć.

Poniżej slajd ze zdjęciami do wglądu. 

zdjęcia RTG (uwaga, jajka):

Jak już wspomniałam na początku, choroba ustaje wtedy, gdy szczenię zakończy wzrost. Cóż, jestem pewna, że Goran przestał rosnąć dopiero w 2018. roku, więc wygrał życie. Objawy minęły prawie całkowicie i co najważniejsze – bezpowrotnie, już w kolejnym miesiącu

Otrzymałam wtedy bardzo dużo wsparcia od licznych istot. Chciałam tym osobom podziękować, będę dziękować do końca świata! Nie tylko za samo wysłuchiwanie moich lamentów, ale także za wszelkie rady (jedna z takich rad skłoniła mnie do zrobienia testu SNAP 4Dx w celu wyeliminowania choroby odkleszczowej – jak się zapewne domyślacie, wynik był negatywny, ale już na serio mogłam spać spokojnie). Ten post mógł być o wiele dłuższy, z chęcią opisałabym tutaj wnikliwie każdą emocję, jaka mi towarzyszyła w listopadzie 2016 roku. Wszystko, co najważniejsze, zostało raczej zawarte. O to chodziło. Pamiętajcie! Jeśli znajdziecie się w podobnej sytuacji, chętnie pomogę, odpowiem na miliardy pytań. Całkiem możliwe, że nie opisałam tu czegoś, co dla niejednego z Was mogłoby okazać się kluczem. Dlatego jestem do dyspozycji i całuję w czółka Wasze pieski! 

A jako zwieńczenie notki wstawiam bohatera – proszę, aktualny Goran, (prawie) cały i zdrowy. Sprzed paru godzin.

No Comments