Foto

Trzecim okiem

Jest takie miejsce, które widziały już wszystkie moje kudłate czterokołowce. My, ludzie spod Krakowa, zawsze mówimy, że idziemy na „Łysą”. Nie wiem po prawdzie, jak nazywa się to ogromne pustkowie, ale tak do końca łyse to znowu nie jest. Sporo tam fauny i flory (z roku na rok coraz mniej, wiadomo). W każdym razie, od jakiegoś tygodnia mam fazę na wstawanie z łóżka, gdy kur zapieje, spacery po Łysej w akompaniamencie porannej mgły i nieśmiało zerkającego w naszą stronę słońca. Uwielbiam, kiedy jest tak pusto i spokojnie. Im mniej się dzieje dookoła (obcy ludzie, obce psy), tym bardziej człowiek czuje, że żyje i jest znacznie bliżej natury, która ma mu tak dużo do powiedzenia.

Ogara nie jest łatwo sfotografować, bo z reguły ustawia się dupskiem przed obiektyw, bądź siada, kiedy Ty się zatrzymasz w celu uchwycenia jego pięknej, wystawowej pozy. Mam jednak, jak widać, coraz więcej wprawy z trudnymi modelami. Goran chyba też wreszcie zdał sobie sprawę, że pozowanie to bardzo wdzięczna rzecz (przy okazji można się załapać na sławę w internetach, kto by nie chciał?). Skoro o fotografii mowa, nadszedł wreszcie czas na coming out – poruszę tu i teraz wątek sprzętu. Połowa ma to w dupie, druga połowa często zadaje mi pytania, czym się posługuję. Ekstensją mojego oka, czy jak w tytule „trzecim okiem” jest Canon EOS 6D Mark II. Wcześniej był to EOS 70D, ale z perspektywy czasu mogę śmiało napisać, że nienawidzę tego body ponad wszystko – miał bardzo chybiący AF. Nie muszę chyba uświadamiać, jaka to katorga w pracy z psami. Ze szkiełkami różnie, ale te ponadprzeciętnie ostre zdjęcia sprzed około roku to zasługa Sigmy ART 18-35 f/1.8, której już nie posiadam w swoim arsenale (jest pod APS-C). Nowsze zdjęcia, czyli tegoroczne i końcoworoczne z 2018, to już sprawka 50 f/1.4 Canona. Poniższa seria, to pierwsze foty, które miałam okazję wykonać Sigmą ART 85 f/1.4 i powiem Wam, że mimo gabarytów tego obiektywu (ponad kilogram wagi), zabiorę go teraz ze sobą wszędzie. Tylko jego!